- Nie - zaoponował Abel- Ależ-
mazury |wycieczki Lwów |holowanie wrocław
„— Nie! — zaoponował Abel.
— Ależ...
— Ab — odezwał się Samuel — on ma rację. Ustąp. Jeśli Karol nie dogna rabusia, nie dogna go nikt. Czy nie wiesz, jak jeżdżą kowboje Ustąp mu, synu.
— Dziękuję. Nie powinniście źle wyjść na tej zamianie.
Karol pobiegł do wozu, wyciągnął ze swego tobołka zwinięty w grube kolisko rzemień, w sekundę był z powrotem.
— Czekajcie, albo posuwajcie się moim tropem! — krzyknął, uderzył piętami muła i z miejsca ruszył galopem. Coś tam za nim zawołano, ale co, nie dosłyszał.
Pognał prosto przed siebie. Ślad dwu koni był bardzo wyraźny.
„Chyba nie ma jeszcze i dwu godzin" — pomyślał i przynaglił wierzchowca do prędszego biegu.
Przed nim rozpostarła się równina widoczna hen, daleko, skąpana w promieniach wschodzącego słońca. Równina pusta.
Czyżby Carty odjechał tak daleko To niemożliwe, przecież prowadził jucznego konia. Cś w tym się musi kryć!
Co się kryło, zauważył już po pierwszej godzinie jazdy. Grunt powoli opadał, aż Karol znalazł się na dnie płytkiego parowu, wystarczająco jednak głębokiego, aby koń wraz z jeźdźcem mogli posuwać się nie zauważeni. Okoliczność bardzo niepomyślna dla ścigającego. Wąwóz co prawda skończył się szybko, ale za jego wylotem nie ciągnęła się już gładka jak stół powierzchnia, lecz kłębowisko skał o fantastycznych kształtach i głazów wymytych erozją gleby. Ziemia była czarna, jakby spalona na popiół, czarne były skały, czarne głazy, wokół których sterczały posępne krzewy. Na prawo i na lewo gmatwał się labirynt przejść, ścieżek, rozpadlin nie wiadomo dokąd wiodących. Sytuację ratował wyjeżdżony szlak dyliżansu — jak Karol trafnie się domyślił — wyraźne koleiny, zdeptana kopytami ziemia, na której nawet niezbyt spostrzegawczy obserwator musiał dostrzec odciski podków jeszcze nie przyprószone kurzem. Carty musiał tędy podążać trzymając się jedynego drogowskazu — śladu kół.“(11)
Drzwi |akcji |kruszenie
„— Nie! — zaoponował Abel.
— Ależ...
— Ab — odezwał się Samuel — on ma rację. Ustąp. Jeśli Karol nie dogna rabusia, nie dogna go nikt. Czy nie wiesz, jak jeżdżą kowboje Ustąp mu, synu.
— Dziękuję. Nie powinniście źle wyjść na tej zamianie.
Karol pobiegł do wozu, wyciągnął ze swego tobołka zwinięty w grube kolisko rzemień, w sekundę był z powrotem.
— Czekajcie, albo posuwajcie się moim tropem! — krzyknął, uderzył piętami muła i z miejsca ruszył galopem. Coś tam za nim zawołano, ale co, nie dosłyszał.
Pognał prosto przed siebie. Ślad dwu koni był bardzo wyraźny.
„Chyba nie ma jeszcze i dwu godzin" — pomyślał i przynaglił wierzchowca do prędszego biegu.
Przed nim rozpostarła się równina widoczna hen, daleko, skąpana w promieniach wschodzącego słońca. Równina pusta.
Czyżby Carty odjechał tak daleko To niemożliwe, przecież prowadził jucznego konia. Cś w tym się musi kryć!
Co się kryło, zauważył już po pierwszej godzinie jazdy. Grunt powoli opadał, aż Karol znalazł się na dnie płytkiego parowu, wystarczająco jednak głębokiego, aby koń wraz z jeźdźcem mogli posuwać się nie zauważeni. Okoliczność bardzo niepomyślna dla ścigającego. Wąwóz co prawda skończył się szybko, ale za jego wylotem nie ciągnęła się już gładka jak stół powierzchnia, lecz kłębowisko skał o fantastycznych kształtach i głazów wymytych erozją gleby. Ziemia była czarna, jakby spalona na popiół, czarne były skały, czarne głazy, wokół których sterczały posępne krzewy. Na prawo i na lewo gmatwał się labirynt przejść, ścieżek, rozpadlin nie wiadomo dokąd wiodących. Sytuację ratował wyjeżdżony szlak dyliżansu — jak Karol trafnie się domyślił — wyraźne koleiny, zdeptana kopytami ziemia, na której nawet niezbyt spostrzegawczy obserwator musiał dostrzec odciski podków jeszcze nie przyprószone kurzem. Carty musiał tędy podążać trzymając się jedynego drogowskazu — śladu kół.“(11)
Drzwi |akcji |kruszenie